Menu

LEGIJNE IMPRESJE

Nadszarpnięty myślami o ukochanej Drużynie.

Krótka historia pewnego proporczyka.

pio.jankowski

W 1996 roku Aleksander Kwaśniewski był czcigodnym prezydentem naszej radosnej krainy. W swym prestiżowym barku w pokoju gościnnym, trzymał najwymyślniejsze alkohole świata, które z wielką pasją i zaangażowaniem "degustował". W każdą niedzielę o godzinie 10 w "Disco relaxie", Shazza śpiewała, że "bierz co chcesz, wszystkoł weź". Do kin wchodziły "Młode wilki", a Wisława Szymborska jesienią odebrała literacką Nagrodę Nobla. Ja pisałem listy do Sylwii z Bydgoszczy, że tęsknię, że będzie pięknie. W zasadzie, to chciałem być jak Leszek Pisz i zdejmować pajęczynę z okienek bramek okolicznych. Tak było...

 


My czekaliśmy wtedy na wielkie emocje i łzy radości... Legia Warszawa w marcu tego pamiętnego roku, wojowała na piłkarskie argumenty z Panathinaikosem Ateny w barwach, którego grał Krzysztof "Gucio" Warzycha i Józef Wandzik. W tamtym czasie Panata należała do europejskiej czołówki, więc skala trudności była dużym wyzwaniem. Pierwszy mecz to klasyczne 0-0 na naszej "murawie", wysypanej solą przemysłową, trocinami i piaskiem. Swoje szanse miał Radosław Michalski, Grzegorz Lewandowski i Ryszard Staniek w końcówce. Mogliśmy to wygrać.... Nasze nadzieje na awans do półfinałów Ligi Mistrzów były spore. W Atenach zostaliśmy jednak pewnie wypunktowani po 2 golach Warzychy i jednym Borelliego. Trzeba wspomnieć, że od 28 minuty graliśmy bez Marcina Jałochy i nasza koncepcja awansu wyglądała tak, jak nasza śmierdząca murawa podczas pierwszego spotkania. Publika w liczbie 70 tysięcy zrobiła Legionistom "gorącą atmosferę", a bohaterem spotkania został - Polak. Później trochę czekaliśmy na awans do Ligi Mistrzów...

 

 

Poniżej prezentuję Wam oryginalny proporczyk z tamtego dwumeczu, który przenosi mnie co czas jakiś w krainę nostalgii. Trzeba wspomnieć, że pamiątkę na allegro wypatrzyła wszędobylska Marta, a koszt inwestycji w piękne wspomnienia, to raptem równowartość dwóch czteropaków ulubionego piwa. Przesyłka dotarła z "serdecznej" Wielkopolski...

Gdybym wtedy pomyślał, że 22 lata później w moim posiadaniu, będzie taka perła z tej konfrontacji, która rozpalała naszą szczeniacką wyobraźnię... I love this game! 


 

 

 

 

 



Przybyłem, zobaczyłem, kiełbasa.

pio.jankowski

Życie to nie film, czasem słońce, czasem kiełbasa. Jak pomyślałem, tak zrobiłem i dziarskim krokiem w asyście mojej roztropnej Marty, udałem się w kierunku ukochanego stadionu im. Marszałka Józefa Piłsudskiego. Lutowy piątek chylił się ku końcowi, a ekstatycznym zwieńczeniem owego dnia, był piłkarski wpierdol wymierzony przez Legionistów podrabiańcom ze Śląska Wrocław. Trzy gole tego rezolutnego Fina, który swego czasu zadrwił z całej Pyrlandii i kolejne trafienie systematycznego Jarosława Niezgody sprawiły, że wielobarwny legijny tłum wyległ ze stadionu w radosnym korowodzie. Idealny początek weekendu - pomyślałem. Księżyc nad Warszawą zdawał się podzielać nasz entuzjazm.

 

 

 

Przechodząc do meritum tegoż wpisu, muszę odnieść się jednak do wydarzeń, które w stopniu istotnym wpływają na komplementarny odbiór widowiska piłkarskiego, bez względu czy jest to hitowe starcie Ligi Mistrzów, czy kopanie się po czołach w podkarpackiej A-klasie. Bo, gdy jest mecz na zielonej murawie to wjeżdża racjonalnie schłodzona piana, która do futbolu pasuje idealnie. To pewnik.  Piwo i piłka nożna, czyli dwie, mocne męskie kwestie w jednym zdaniu! Ekstaza konsumpcyjna w najlepszym wydaniu. A gdyby do chmielowego wywaru dołożyć jeszcze tzw. giętą stadionową? Daj dwie, te bardziej zarumienione koniecznie. Banalność kiełbasy z grilla przyniosła jej ogólnoświatową sławę, a gięta stadionowa plus piwerko przed meczem to absolutny gwarant udanego widowiska. Bez względu na stany pogodowe, ten temat zawsze wchodzi wybornie. Podczas rozlicznych piłkarskich eskapad, nie raz, nie dwa widziałem smutne stadiony, na  których sprzedaż piwa (o zgrozo) była jakimś mglistym wspomnieniem. Gięta stadionowa natomiast była praktycznie zawsze i dlatego też uznałem, że poświęcę jej ten oto emocjonalny wpis.

 

 

W premierowej odsłonie kiełbasianych uniesień, opiszę Wam smaki życia na Łazienkowskiej 3, a i jest o czym pisać! Od strony trybuny wschodniej jest zupełnie sporych rozmiarów namiot, w którym można oddać się rytualnym czynnościom przedmeczowego procederu. Starosłowiańskie porzekadło głosi, że żadna kiełbasa nie hańbi! Można polemizować i wspominać chrząstki wchodzące w zęby, w kieleckiej giętej stadionowej, ale można też zająć się smakowaniem tej naszej legijnej giętej...

 

 

 

Na co prawdziwy koneser stadionowych wrażeń powinien zwrócić uwagę? Smak, długość kiełby, stopień wysmażenia, stosunek ceny do jakości,  estetyka jadła, no i bogactwo dodatków to składowe, które wpływają najbardziej na doznania kibicowskiej braci. Gotowi? Piszę co następuje, bo pewnie już Wasze ślinianki rozpoczynają tańczyć stadionową lambadę. Legijna gięta to prawdziwy karnawał w Rio. Wygląda na ruszcie tak, że macie ochotę złamać porządek kolejki i rzucić się na nią jak najszybciej, w geście osobliwego pożądania. Długa na solidne 20 centymetrów, wysmażona idealnie, a skórka zawadiacko chrupiąca. Smak? Mój Boże, ten smak! Wyrazisty, lekko swawolny. Kiełba idealnie ciepła, chudziutka, bez żadnych niespodzianek między zębami. Pisząc te słowa odczuwam dziwny stan tęsknoty. Dodatki do wyboru, do koloru - tradycyjna musztarda i porządny ketchup (nie z marchewek). Możecie sobie dobrać do giętej, dowolną ilość ogórków dobrze ukiszonych, i chrupiące kajzerki z warszawskim rodowodem. My z racji wrodzonej skromności popełniamy jeszcze bigos, który hultajsko bulgocze sobie w kotle. Bigos! Jak ja mam Wam to opisać? Pamiętacie wakacje u babci w 1996 roku na Warmii? Ja pamiętam z tamtego czasu wiele smaków, a babciny bigos jest jednym z tych bardziej wyrazistych. Ten nasz legijny wywar z kapusty, bardzo mocno mi koresponduje temperamentem z tamtym wspomnieniem. Pyszota!

 

Zaproponowaną porcją uciech, najedliśmy się oczywiście we dwoje i stan sytości stał się naszym udziałem. Gięta, wyceniona została przez Mistrza rusztu na całe 12 złotych plus ogórki i pieczywo wedle uznania. Magiczna tacka bigosu to już tylko 8 złotych i wierzcie lub nie, ale ta porcja w rzeczywistości jest bardzo solidna. Jako samozwańczy bloger kulinarny oznajmiam, że małpkę Soplicy umieściłem tam w celach dekoracyjnych, gdyż każdy doskonale wie, że witaminy powinny wieść prym w każdym posiłku. Śmiało mogę przyznać spektakularne 9/10 naszej legijnej giętej stadionowej, bo smakuje wybornie, a i wszelkie kulinarne ozdobniki serwowane przez kuchnię, to naprawdę wyższy stopień wtajemniczenia. Kiełbasie niech będzie chwała i cześć. Polecam bardzo! Frustrację potęguje tylko fakt, że nie można podlać tego piwem marki Królewskie...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wariacja kanaryjska, czyli futbol bardzo radosny.

pio.jankowski

 

 

Serwus Ferajna!

Była przerwa w zasilaniu, bo być musiała. Spakowaliśmy mandżur i pofrunęliśmy tam, gdzie wzrok nie sięga. Zatem wartko i raźno oznajmiam Wam, co następuje. Hiszpania to kraj efektowanie zakochany w futbolu i wszelkie eskapady w tamtym kierunku, lubimy ubarwiać emocjami piłkarskimi. Mam to ziemskie szczęście, że moja ładniejsza połowa o imieniu Marta (Legionistka z krwi warszawskiej), również podziela mój futbolowy entuzjazm i o żadnych kompromisach turystycznych nie ma mowy. Najważniejszy podczas wyjazdu jest dzień, w którym odbywa się mecz i cała okołosportowa otoczka, ma dla nas wartość nadrzedną. Tym razem groundhopping celebrowaliśmy w mieście Las Palmas, na intrygującej Gran Canarii. Bang! 


 

 

Tamtejszy Union Deportiva Las Palmas 17 grudnia 2017 roku, czyli w dniu meczu z Espanyolem Barcelona, mało efektownie zamykał tabelę ligi hiszpańskiej. Czerwona latarnia Primera Division tego dnia miała spróbować oszukać przeznaczenie, ot kolejne spotkanie o życie. Na mecz dotarliśmy 2 godziny przed pierwszym gwizdkiem. Wiadomo - degustacja lokalnego piwerka, polaroidy z kanaryjskimi aborygenami, wymiana kibicowskich uprzejmości, legijne wlepki w newralgicznych miejscach Estadio de Gran Canaria. Tickety na sektor "curva" po 30 euroszekli więc tyle, co karnet roczny na taki Widzew Łódź. No, ale jeśli jutra miałoby nie być, to iść trzeba. Sam stadion oddany do użytku w 2003 roku, mogący pomieścić 31 000 spragnionych krwi kibiców. Tamtej niedzieli zapełnił się mniej więcej w połowie. Obiekt architektonicznie mocno nawiązujący do futurystycznego stadionu Pogoni Szczecin, tylko widoczność i odbiór meczu zdecydowanie lepszy! 

 

 

 

 

 

 

Zaczynamy. Na trybunach diabelsko żółto. Taka trochę szklarnia z żonkilami pod otwartym niebem. Tuż przed nami zorganizowana grupa kibiców Las Palmas o nazwie Pena German Devora. Może około 30 dusz. Jakiś Cygan o hiszpańskim rodowodzie napierdala przez szczekaczkę jakieś ichsze okrzyki. Tłum radośnie odpowiada. Obok kolo pięknie upstrzony w klubowe barwy z sombrero na głowie, rytmicznie nakurwia w bęben. Marta łuska hiszpański słonecznik. Dużo słonecznika. Marta lubi słonecznik. Chłoniemy atmosferę trybun. Tamtejsi kibice mają dość charakterystyczne zawołanie - "PIO - PIO". Jest to onomatopeja na ćwierkanie kanarka. Powtarza się to kilka razy, a później są oklaski. Dość komicznie to brzmi, na Ł3 nie do pomyślenia. Coś tam zagaduję do lokalsów. Pytam o piłkarskie nastroje, choć wiem, że są pod psem... Jest pięknie. Ciepło, 22 stopnie starożytnego Celsjusza, siąpi delikatnie deszczyk. Świat nie ma wad. W zasięgu wzroku po przękątnej, grupa kilkunastu Brytoli z wywieszoną sektorówką United Kingdom radośnie uprawia groundhhoping. Hiszpanie żywo reagują na wydarzenia na boisku, podkurwieni okrutnie gdyż Los Amarillos (żółci) do przerwy dostają wpierdol stosunkiem 0-2. Dwa gole strzelił wszędobylski Gerard Moreno. W przerwie z głośnika poleciała Shakira, Maluma i inne takie. Pławimy się w słoneczniku. W Polsce zimno jak diabli, smog w Warszawie, masło po 7 złotych.

 

 

 

 

 

Druga połowa. Słonecznik ciągle podlewamy. Słony posmak nasion niwelujemy kanaryjskim chmielem. Cerveza marki Tropical ma tylko 4,7% i dla fanatyka browarów stołecznych ma raczej status lemoniady. Nic to, sędzia Sanchez nabrał powietrza w płuca i zadął w gwizdek. Nagle na naszym sektorze pojawiło się jakieś prześcieradło z napisem, żeby Prezes wypierdalał z klubu. Ochroniarze dostali prikaz, by chyżo unicestwić bawełniany sztandar, ale lud hiszpański radośnie zaczął sobie przekazywać płachtę z rąk do rąk. Z trybun podniosło się donośne "WY-PIER-DA-LAJ" w języku Penelope Cruz. Pytam lokalsa o śniadej cerze, o tą zorganizowaną demonstrację nienawiści. Prawda jest banalna. Prezes wali w chuja, nie interesuje się klubem i robi jakieś szemrane interesy. Kibice się frustrują, bo nie ma widoków na przyszłość. Skąd my to znamy? A na murawie Los Amarillos jakby śmielej rozpoczęli realizować taktyczne założenia, gra stała się ostrzejsza, a doping publiki bardzo się zintensyfikował. Efekty były piorunujące. W 80 minucie Loic Remy napoczął  Espanyol, a Argentyńczyk Calleri 9 minut później wyrównał na 2-2. Na trybunach wariactwo, wszyscy na stojąco, programy meczowe latają nad głowami. Sędzia dolicza 5 minut, gospodarze cisną, Espanyol w tym momencie nieporadnością bije nawet naszą Legię za Besnika Hasiego. I wiadomo co się w takiej chwili dzieje. Akcja w polu karnym gości, jeb, jeb i ktoś kogoś w piszczel. Tamten przyaktorzył, ręka była, noga była i ostatnia akcja meczu, czyli... karny! Mój kupon u zaprzyjaźnionego bukmachera już dawno w koszu. Do piłki podchodzi niejaki Jonathan Viera Ramos znany z tego, że jest takim hiszpańskim Patrykiem Małeckim. Mówię w te pędy w kierunku Marty, która widzę mocno żyje meczem, że karny to nie gol. No i jak powiedziałem, tak Ramos dziubnął piłeczkę, a bramkarz na duzym spokoju sparował piłkę w kosmos. Piłka meczowa dla Union Deportiva Las Palmas, stała się powodem do frustracji dla miejscowych kibiców! Niedoszły strzelec skrył twarz w dłoniach, a my pocmokaliśmy do siebie z zachwytu, że udało nam się trafić na tak emocjonujące meczycho.

 

 

 

 

W mojej prywatnej skali groundhoppingowej daję przeżytym okolicznościom zamaszyste 7/10, bo było zdecydowanie więcej niż oczekiwaliśmy. Z racji faktu, że byliśmy pięknie wystrojeni w koszulki ukochanej Drużyny plus stosowne barwy, to wzbudzaliśmy tym samym dużą ciekawość tamtejszych kibiców, łącznie z dwukrotną prośbą o wymianę na szaliki. Grzecznie podziękowaliśmy za sposobność, gdyż barwy jak się domyślacie to świętość! Bardzo miłym faktem, były rozmowy z Hiszpanami, którzy bardzo świadomie kojarzyli Legię z meczów, z Realem Madryt i Sportingiem Lizbona w Lidze Mistrzów. Raz nawet zostaliśmy zapytani o ultrasów z Theddy Boys 95... Wojciech Kowalczyk natomiast, który uprawiał radosny hedonizm w barwach Las Palmas (lata 1998-99) jest już jednak kojarzony znaczniej słabiej niż sądziliśmy. Temat Kowala na Wyspach Kanaryjskich poruszę jednak w kolejnej odsłonie. Reasumując, to piłkarski trip udał nam się fantastycznie i każdemu polecę podjęcie próby konfrontacji ligi hiszpańskiej z najlepszą ligą świata, zwaną przez wtajemniczonych Ekstraklasą!

 

 

 

 

 

 

 

Każdy jest Kowalem własnego losu.

pio.jankowski

Ja i paru moich rezolutnych kolegów ze szkolnej ławy, ewentualnie od życiowych dysput przy zupie chmielowej, ceniło tego piłkarza za życiową szczerość, boiskową bezkompromisowość, z naciskiem na strzeleckie inklinacje. W kwietniu tego roku skończy 46 lat i pewnie gdyby mu się chciało ruszyć cztery litery z Bródna, to mógłby jeszcze pokazać młodym adeptom piłki kopanej, ten swój słynny chłopski zwód na zamach. Legenda tego piłkarskiego czarodziejstwa polega na fakcie, że choć wszyscy rywale wiedzieli, że to jego firmowy trik, to i tak zawsze się na niego nabierali... O kim mowa? Wiadomo, ta wspominkowa notka będzie traktować o moim piłkarskim idolu, czyli o Wojciechu Kowalczyku. A z nostalgią o tej porze roku nie ma żadnych żartów.


Podczas wszelkiej maści spotkań towarzyskich z moim szanownym koleżeństwem, prędzej czy później (zwykle jednak później, gdyż po szlacheckiej konsumpcji język jest bardziej giętki) pada pytanie: "A Wojciecha Kowalczyka pamiętacie? Oj klej w nodze i ciąg na bramkę to on miał jak nikt inny, ale dlaczego tak wcześnie skończył karierę? Takiego napastnika to my już prędko mieć nie będziemy". W tym newralgicznym momencie wieczoru następuje retoryczna cisza, a po chwili koleżeństwo zaczyna prześcigać się w opowiadaniu anegdot z Kowalem w roli głównej, przywołując zawsze jego bramki z Sampdorią Genua. Bo jego osoba to temat niezwykle wdzięczny do rozmów, a w tych naszych opowieściach jego sylwetka ma już ewidentnie wymiar sentymentalny. Gdy on zaczynał uprawiać "jogę bonito" na murawie, my cmokaliśmy z zachwytu nad tym piłkarskim diamentem z mrocznego Bródna, a świat miał trochę mniej wad...

 

 

W grudniu razem z M. pomieszkaliśmy kilkanaście dni w Las Palmas i sondowaliśmy destrukcyjny wpływ wszelkich okoliczności na ułomny charakter Kowala, gdy ten uprawiał tam radosne piłkarskie rzemiosło w sezonie 1998/99. Było mnóstwo pokus, którym ulegliśmy i którym on również musiał stawić czoło... Tym samym chciałbym wykorzystać okoliczności i nonszalancko podkreślić prawdziwe przyczyny, które pomogły Wojtkowi w podjęciu takich, a nie innych życiowych postanowień. Mam nadzieję, że "heroiczny obraz idola" w Waszych głowach nie zostanie brutalnie zniszczony. Wojtek nie chciał mieć więcej czasu, by czytać, a już na pewno nie w głowie mu było kolekcjonowanie rzadkich przedwojennych znaczków... Usiądźcie, połóżcie się. Polejcie czegoś.

 

W 2008 roku na łamach portalu weszło.com, Kowalczyk w swoim stylu pisał tak:

 


"W każdym razie powtarzam – dobry piłkarz pije. Może się to komuś nie podobać, tylko po co obrażać się na rzeczywistość? Po każdym meczu piłkarze idą na imprezę. Nie mówię – idźcie na imprezę, będziecie najlepsi na świecie! Stwierdzam fakt, że chodzą i najlepsi, i najgorsi. Chodzi i Real Madryt, i jakieś gówienko z drugiej ligi. Z doświadczenia wiem, że im lepiej idzie, tym imprezy są huczniejsze – to chyba nikogo nie dziwi. Jak sądzicie, co się dzieje teraz w Zenicie? Kriżanac powiedział ostatnio, że jak Puchar UEFA zdobyli, to trzy dni pili non stop. A teraz sądzicie, że nie pili po ograniu Manchesteru United?

Naprawdę nie rozumiem – mam udawać, że tak nie jest? Jak ktoś pyta, to mam mówić: - Nie, nie ma żadnych imprez, przez całą swoją karierę próbowałem wyciągnąć gdzieś kolegów z zespołu, ale nigdy mi się nie udało? Sorry, ale to nie w moim stylu. Nie ja wyciągałem, tylko mnie wyciągali. W Hiszpanii to normalne. Głośno mówi o tym np. Jan Urban, ale jakoś nikt się go za to nie czepia. A też można powiedzieć, że przepił karierę – trzy gole Realowi strzelił, a potem dupa blada. Pewnie za dużo świętował. Jasne...

Wracając do sedna...  Napisali, że przepiłem karierę. Tak? Spytajcie o to Ferrera, Aragonesa albo Remona (prowadził Real Madryt nie tak dawno) – ciekawe, czy którykolwiek miał ze mną jakieś problemy związane z alkoholem. Wyrzucono mnie w życiu z jednego klubu, na Cyprze, a to dlatego, że domagałem się bardzo dużej sumy, jaką klub był mi winien. Oczywiście potem sprawę o tę kasę wygrałem. Nigdy w żadnym meczu nie grałem po pijaku. W jednym na kacu – w finale Pucharu Polski, trzy dni wcześniej zdobyliśmy mistrzostwo. Strzeliłem gola i zaliczyłem asystę. 2:0.

Pojawi się więc pytanie – w takim razie dlaczego tak szybko skończyłeś karierę? Szczerze? Bo mi się nie chciało. Taki już mam charakter, że jak mi się chce, to robię coś na maksa, ale jak mi się odechce... Wołami mnie nie zaciągniecie. I mnie się odechciało. Na samą myśl o kolejnych obozach przygotowawczych, zgrupowaniach, tygodniach w hotelu i tak dalej miałem odruch wymiotny. Po prostu zajebiście mi się odechciało grać. Przestało mi to sprawiać przyjemność. Gdybym trafił do Barcelony, to by mi się chciało. A dalej gdzieś tam się męczyć po średnich klubach – nie. Na przykład „Józek” (Juskowiak) ma inny charakter i męczył bułę prawie do czterdziestki, w Erzgebirge Aue. I fajnie. Ale ja wolałem sobie pojechać na grzyby. Naprawdę.

Są piłkarze, co rozmieniają się na drobne i chodzą z klubu do klubu, żeby dorobić. Ja już byłem zarobiony. Tyle. Jeśli zdaniem niektórych prawdziwym sportowcem byłbym wtedy, gdybym oszukiwał wszystkich (jak to robi trzy czwarte piłkarzy po trzydziestce, reszta pewnie ma pasję), że mi się chce i że świetnie się bawię na boisku, to dziękuję bardzo. Mówię szczerze – nie chciało mi się.

Potem, po dwóch latach odpoczywania, stwierdziłem, że jednak mi się nudzi i na chwilę wróciłem. Ale to już nie było to. Cypr (podobnie jak Las Palmas) to były kierunki czysto turystyczne. Lubię taki klimat, lubię jak jest ciepło. To pojechałem, poopalałem się, przy okazji strzeliłem trochę bramek i wróciłem. Bo znowu mi zapał minął.

Ale gdzie tu przepicie kariery, nie wiem. Bawiłem się – jasne. Tak jak wszyscy i ze wszystkimi. Zadzwonicie do Maciusia Żurawskiego i spytacie, czego się napił wczoraj, to nawet gdybym wygrzmocił cysternę whisky (jak pewnie 95 procent piłkarzy ligi greckiej po zakończonej kolejce), powie „wodę mineralną”. A ja się przyznam – byliśmy tu i tu, wypiłem cztery piwa. Z tych czterech w opowieściach oczywiście zrobi się szesnaście, bo skoro powiedział, że cztery, to znaczy, że zaniżył".

 

 


Bez fałszu i obłudy. Cały Wojciech Kowalczyk, czy to się komuś podoba lub nie. Czasy się trochę zmieniły i "piłkarski profesjonalizm" kojarzy się  już z nieco innymi atrybutami. Kowala oceniajmy najpierw jako piłkarza, a co pijał i z kim, to jest już jego prywatna sprawa. Jeden fakt nie ulega wątpliwości. Ten człowiek, piłkarsko poradziłby sobie w każdej dekadzie, bo dysponował czymś, co choćby teraz jest towarem deficytowym, nie tylko na naszych boiskach. Kowalczyk miał (i ma nadal) charakter nie tylko w życiu, ale głównie na murawie. To był bez wątpienia największy talent ostatniego 20-lecia jaki pojawił się nad Wisłą. W 1994 roku Legia wytransferowała go do Betisu Sevilla za 1, 750 000 USD. Ta kwota na tamte realia była czymś nieprawdopodobnym! Takie pieniądze za polskiego piłkarza zwiastowały gracza wielkiego formatu. Wojtek miał prawo się zachłysnąć tym, co go spotkało. Każdy z nas w tamtych czasach miałby chyba problemy z rozsądną oceną sytuacji. C'est la vie... To, że teraz coś kontrowersyjnego napisze, powie na antenie, albo przypadkiem skończy we wtorek to, co zaczął w piątek niczego nie zmienia. Kowal wielkim piłkarzem był i basta. My też lubimy jak jest ciepło, jest grill, jest piwerko. Tylko niestety nie mamy tak pięknej przeszłości sportowej...

 

 

 


 

 

A ja z moim szanownym koleżeństwem, będę konsekwentnie rozprawiał o tym, co by było gdyby, bo my naprawdę lubimy Wojtka. Przypomniał mi się jeszcze mecz Polska-Finlandia (29.05.2010r.), który zakończył się padliniarskim bezbramkowym remisem. Gdy w pierwszym składzie Finów, zobaczyłem Jariego Litmanena westchnąłem. Wtedy miał 39 lat i na boisku radził sobie zupełnie nieźle. Chwyciłem telefon i posłałem do kolegi Michała z Brodnicy wiadomość tekstową. W tym sms-e retorycznie pytałem gdzie jest nasz idol, bo przecież jego miejsce powinno być mimo wszystko na zielonej murawie. Sms zwrotny nie nadaje się do zacytowania, ale sens wiadomości równoznaczny jest mniej więcej z treścią powyższego wpisu.

 

Powodzenia Wojciechu.

 



I dwie Saganowski, i Legia ma Mistrza Polski!

pio.jankowski

Marek Saganowski ostatniego dnia października obchodził 39 urodziny. W Legii Warszawa grał w latach 2002-05 i 2012-16. Uzbierał w naszych barwach 211 meczów, strzelając 87 goli. Choć w formie bywał czasem lepszej, czasem gorszej, to jednak zawsze zostawiał serducho na boisku, a to dla kibiców przy Łazienkowskiej 3 wartość absolutnie bezcenna. Karierę zaczynał w Łódzkim Klubie Sportowym. W Ekstraklasie zadebiutował w rundzie wiosennej sezonu 1994/1995! Choć  pewne liczby w jego życiorysie dla wielu z was mogą mieć zabarwienie prehistoryczne, to jednak Sagan jak na nasze warunki piłkarzem był wyjątkowym. Zawsze imponował zaangażowaniem,  niesłychaną ambicją i profesjonalnym podejściem do piłkarskiego rzemiosła. No i ten jego snajperski nos! Z Legią zdobył trzy mistrzostwa Polski i trzy krajowe pucharu, stając się tym samym jednym z najbardziej utytułowanych zawodników w naszej historii.

 

 

 

Ostatni raz pojawił się w barwach Legii w pamiętnym meczu z Pogonią Szczecin, 15 maja 2016 roku. Mistrz był nasz! Pokonaliśmy Portowców stosunkiem 3-0, a Saganowski wszedł na ostatnie 10 minut spotkania. Idealny moment uwieczniający jego piękną karierę! Owacja na stojąco, trybuny skandujące "Marek Saganowski" i łzy wzruszeniania nie tylko u Marka... Obserwując ten mecz z sektora 112, starałem się zapamiętać każdy szczegół, bo był to jeden z tych historycznych momentów, które wspomina się później latami. Tamta noc kipiała pięknymi emocjami piłkarskimi, a osoba Sagana była tutaj swego rodzaju symbolem determinacji drużyny w realizacji obranego celu.

 

 

 

 

 

 

 

Saganowski zawsze niechętnie puszczał swoje koszulki w świat, dlatego też mój egzemplarz ma dla mnie wartość szczególną! Trykot pochodzi z meczu o Superpuchar, który odbył się 10 lipca 2015 roku w Poznaniu. Amica ogarnęła 3-1, a cieszyła się z trofeum jakby wygrała właśnie azjatycką ligę mistrzów. Bramkę dla Legii zdobył Igor Lewczuk. Marek Saganowski wszedł w 82 minucie na boisko, zmieniając Nemanję Nikolica. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

© LEGIJNE IMPRESJE
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci